O autorze
Filozof, socjolog, doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie nauki o zarządzaniu, pracuje w Instytucie Kultury UJ. Prowadzi badania w nurcie krytycznym zarządzania, szczególnie zainteresowany zarządzaniem w szkolnictwie wyższym. Blog dotyczy problemów współczesnej uczelni i pisany jest w trosce o doskonalenie najważniejszej dla rozwoju demokracji instytucji, jaką jest właśnie uniwersytet.

Rankingowa (de)gradacja uniwersytetów

Jak mawiał Albert Einstein, nie wszystko, co się liczy, jest policzalne. I nie wszystko, co jest policzalne, liczy się. A jednak od czasu opublikowania światowego rankingu uczelni przez Uniwersytet Szanghajski w 2003 roku, obserwujemy nasilającą się modę na światową i krajową rywalizację międzyuniwersytecką o jak najlepsze miejsca w ilościowych zestawieniach. Rytualizacja pozorów uniwersyteckiej doskonałości trwa w najlepsze, a Einstein przewraca się w grobie.

Gra toczy się o niebagatelną stawkę: wszyscy bowiem uwierzyli, że im wyższa pozycja uniwersytetu, tym bardziej on prestiżowy i doskonały, a zatem to tam należy iść na studia, tam się zatrudniać, tam pompować rządowe i grantowe pieniądze. Im lepszy wynik punktowy tym mniej podrażnione sumienie podatnika w stosunku do danej uczelni i tym bardziej efektywna promocja marketingowa wśród potencjalnych kandydatów na studia. Trudno się zatem dziwić, że osiemnaście tysięcy instytucji szkolnictwa wyższego na świecie walczy, aby znaleźć się w setce najdoskonalszych: ten niecały jeden procent jest szczególnie karmiony pieniędzmi, władzą i prestiżem, a reszta zbiera tylko ochłapy. Czy jednak rankingi to rzeczywisty miernik jakości uniwersytetów?

Najważniejsze kryterium budującym tak krajowe, jak i światowe listy rankingowe to ilość publikacji pracowników danej uczelni. Najwięcej punktów dostarczają rzez jasna czasopisma zagraniczne, posiadające wysoki wskaźnik cytowań. Charakteryzują się one bardzo wąskim, specjalistycznym zakresem treści w danej dziedzinie. Powoduje to, że ambitni naukowcy zamiast rozwijać szeroką wiedzę i mądrość przekraczającą sztuczne granice dyscyplin naukowych, stają się zakładnikami specjalizacji w imię zdobywania punktów. Ideologia doskonałości usprawiedliwia wspieranie kolejnego grona ekonomistów bez znajomości etycznych konsekwencji ich odkryć czy grona humanistów nie znających podstawowych zasad ekonomii.

Innym ograniczeniem swobody publikacji w topowych czasopismach jest konieczność oddania hołdu członkom redakcji oraz autorom artykułów w poprzednich numerach czasopisma. Jeśli ich nie zacytujesz twoje szanse na otrzymanie punktowego lenna są żadne. Wiadomo: rankingi szkół wyższych biorą również pod uwagę wskaźniki cytowań, bez których ponadto maleją szanse na przedłużenie zatrudnienia w uczelni, czy na otrzymanie prestiżowych grantów rządowych lub unijnych. Wzajemność cytowań to chleb powszedni również w polskiej nauce – różnica jest taka, że recenzenci zagranicznych czasopism zazwyczaj czytają daną propozycję i przekazują autorowi merytoryczne uzasadnienie co do dalszych poprawek lub odmowy przyjęcia publikacji do druku.

Uniwersytet ma zdecydowanie szerszą i ważniejszą misję do spełnienia niż produkowanie publikacji, grantów, patentów, kompetencji zawodowych, a nawet noblistów – tą misją jest niepoliczalne przygotowanie studentów do roli krytycznych i wrażliwych na dobro drugiego człowieka obywateli. A jednak to proste, ilościowe wskaźniki traktuje się dzisiaj jako miarę jego doskonałości. Jak pokazuje niedawno opublikowany raport European University Association symptomatycznie zatytułowany „Rankings: Impact or Illusion?”(Raport EUA), paradoks uczelnianych rankingów polega na tym, że z jednej strony wykorzystywane są głównie do przyciągania potencjalnych studentów – a z drugiej, walcząc o wyższą pozycję, kreują presję wśród akademików na skoncentrowanie się tylko na działalności publikacyjnej, co odbywa się kosztem jakości edukacji. Media rzecz jasna nie przekazują takich informacji w swoich prostych, kolorowych zestawieniach rankingowych, ograniczonych do sformułowań „uczelnia x przed uczelnią y”.

Często pojawiającym się argumentem mającym uzasadniać słuszność rankingów jest wzrost motywacji akademickich nierobów do pracy naukowej – niestety, szczególnie w Polsce, praca naukowa w służbie rankingom polega na publikowaniu tekstów bez względu na ich jakość, której nikt nie sprawdza, skoro nikt tych tekstów nie czyta. Publikujemy teksty bez znaczenia, zbieramy punkty, nie kształcimy i czekamy w napięciu na kolejne kolorowe zestawienia. Rytualizacja pozorów uniwersyteckiej doskonałości trwa w najlepsze, a Einstein przewraca się w grobie.
Trwa ładowanie komentarzy...